Jak powiedziałem, tako też się stanie. Ostatni odcinek serialu kryminalno-przygodowo-erotycznego pod wszystko mówiącym tytułem “Baba na żołnierzu” “Ballada o żołnierzu” “Góry Stołowe vol. 5″ niniejszym uznaję za otwartyzamknięty napoczęty. Odgrażałem się, że będzie błądzeniu (z ang. bladzing), rycerzowaniu (z ang. rycerzing), zamkowaniu (z ang. zamking) i smoczeniu (z ang. smoking). Tak, tak… i to wszystko w jednym odcinku tej tragifarsy. Niniejszym zapraszam do pożegnania tematu Gór Stołowych, czyli Ratno, Radków, Złoty Stok, Kamieniec i Błędne Skały z manifestem uwielbienia dla socrealizmu w tle.
Swoisty charakter Gór Stołowych, poza samymi Górami Stołowymi, bezsprzecznie związany jest z wyjątkowo dużą liczbą budowli warownych i sakralnych. O tych pierwszych było i jeszcze będzie. O tych drugich teraz… Zwłaszcza o jednej. Zapraszam Was do obejrzenia kilku zdjęć z Wambierzyc, zwanych śląską Jerozolimą. O ile kościoły same w sobie już potrafią tworzyć wyjątkowy klimat, o tyle ten, wraz ze skupioną wokół niego wsią i kalwarią, urzekł mnie bez reszty. Tyle tytułem wstępu. Zapraszam do oglądania.
Idąc tropem Gór Stołowych natrafiamy na niewielką miejscowość na końcu świata Polski. Wambierzyce, bo o nich mowa, to niewielka mieścina, która do zaoferowania ma z pozoru mniej więcej tyle samo co piłkarze reprezentacji Francji w RPA. Jednakże, gdy tylko docieramy do samej miejscowości okazuje się, że to wilk w owczej skórze, nie sądź książki po okładce, jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie, Kiwusy w przebraniu Kamerunu grający jak Argentyna jednak coś więcej. Na pierwszy ogień pójdzie skansen. Choć skansen jaki jest każdy widzi, to najlepiej jednak zasięgnąć wieści u źródła.
Dawno, dawno temu (jakieś 30mln lat), za górami (Sudetami) i lasami (po prostu lasami) było sobie napięcie (górnokredowych piaskowców ciosowych?). Z napięcia tego wyrósł twór znany jako Heuscheuergebirge (że hę??), a w słowiańskim półświatku jako Stolové Hory (radość). Trzydzieści milionów lat bez szwanku. Spokój, cisza, słonko. Słowem - sielana. I tak przynajmniej do chwili, gdy pewnego wieczoru, podczas libacji alkoholowej w stołówce firmy wieczornej degustacji, Wasz ulubiony, domorosły fotoamator wpadł na pomysł, że tam go jeszcze nie było. No i się zaczęło…
Założę się, że gdybym zapytał Was o najbardziej najfajniejszy zaułek na Ziemi, w większości przypadków Wasze myśli spakowałyby ogromną walizę, wykupiłyby ubezpieczenie, zadzwoniły do znajomych, po czym z paszportem w ręku wybrały się na przechadzkę po siedmiu cudach świata, Wielkiej Rafie Koralowej, zorzy polarnej gdzieś nad biegunem i o ile by nie ugrzęzły gdzieś na Tahiti (wahiny?), to zapewne przetoczyły by się przez amazońską dżunglę i Santorini. Błąd! Witajcie w Górach Stołowych!
Ona: Ponad trzysta tysięcy razy cięższa niż Ziemia. O pięć tysięcy stopni wyższa temperatura. Do tego 12 tysięcy razy większa powierzchnia. Na przeciwnym biegunie on. Dla odmiany dziesięciokrotnie mniejszy i średnio trzydzieści stopni chłodniejszy od poczciwej Niebieskiej Planety. Słońce i Księżyc. On: Nasz jedyny kumpel, którego w miarę znamy. Ona: największa gwiazda w dzielnicy. Podejdź za blisko, a się sparzysz. Bardzo krótka przechadzka z aparatem po Pogorii 4. Zapraszam.
…to najlepszy znak, że przybyła… w ukwieconej sukience i z gołymi, choć nie bosymi nogami… ale wciąż z parasolem i kurtką wiatrówką. Tak, Moi Kochani, wiosna. (Nie)stety to 110% kobiety w kobiecie porze roku. Zmienność jest więc nieunikniona. Niemniej jednak czas nastał najwyższy, by zabrać aparat na spacer. Tym razem wypadło na Park Rozrywki w Chorzowie z naciskiem na Planetarium Śląskie.
Pomimo faktu, iż za sprawą mediów można mieć już serdecznie dość pogrzebów, trumien, marszy żałobnych, a nawet Urszuli Kochanowskiej, z tematem śmierci jest jednak nieodłącznie związany pewien niezwykle fotogeniczny i klimatyczny obiekt. Cmentarze, bo o nich mowa, powodują, że ilekroć znajduję się na ich terenie, udziela mi się ich niesamowity klimat. Tym razem, za sprawą tzw. przypadku, dane mi było zapuścić się na będziński cmentarz “na górce”, zwany także cmentarzem starym.
Nadeszła wiosna – niby nie odkrycie, ale zawsze miło ten fakt zauważyć. Pomijając wynikające zeń komplikacje (Skaldowie muszą przeprogramować repertuar z trybu “…z kopyta kulig rwie…” na “…skowronek ryja drze…”) sama myśl przywodzi możliwie najbardziej pozytywne odczucia. I wszystko by było w porządku gdyby nie fakt, że o całej aferze zapomniała chyba aura. Nawet odgłosy deszczu na szybie bardziej licują z październikowym wieczorem, niż marcowym (bądź co bądź wiosennym) porankiem. By więc uchronić Was przed jesienną melancholią i wróżbami pogodowych szarlatanów wieszczących jeszcze zimowe apokalipsy, proponuję kilka fotografii zapowiadających rychłe nadejście najbardziej najradośniejszej części roku.
Z przykrością informujemy, iż Wasz ulubiony fotograf dołączył właśnie do grona sprzedajnych, nic-nie-wartych, przepełnionych komercją i wypchanych gałgankami zastępów domorosłych fotoamatorów biorących udział w mniej lub bardziej poważnych konkursach fotograficznych… i co więcej… zwyciężył. No dobra… nie jest ani tak wyniośle, ani tak dramatycznie.
Zapewne znacie to uczucie kiedy to zmęczeni wlepianiem oczu w sufit i irytującymi objęciami pościeli dochodzicie do wniosku, że czas podnieść się z łóżka. Przeprawiacie się przez istne zasieki – śmiertelnie niebezpieczne pułapki czyhające na Wasz wciąż zaspany, mały palec u nogi. Docieracie do łazienki, gdzie wykrzywiacie twarz na widok lustra cedząc przez zęby “boski… jak zwykle”. Przechodzicie do następnego pokoju i… doznajecie oświecenia. Dosłownie.
Staropolskim “Guten Tag” witam Was na corocznym, w pełni zdezorganizowanym podsumowaniu świeżo odfajkowanej dziewiątej części mijającej dekady. Prawdopodobnie przez wrodzone zamiłowanie do zwalczania wszelkiej sztampowatości (nie wierzyłem, że to słowo znajduje się w słowniku FF) tknęło mnie by poczekać na odpowiednią, bez wątpienia stosowną ku tej okazji wenę. Jako że rok temu temat zdeflorowałem, chcąc zachować pewną ciągłość tym razem wypadałoby z nim co najmniej pochodzić za rękę..