Rok kolejny minął. Fakt to niezaprzeczalny. Język, jakkolwiek piękny i bujny, nie jest w stanie czegokolwiek nowego do tej kwestii wnieść, toteż tym razem postaram się nie zanudzać bajdurzeniem o skarbie narodowym, bez którego ród wieszczów i powstańców właściwie by nie istniał, a jakim bez wątpienia jest Marynina dupa. Krótkie, doroczne podsumowanie czas więc zacząć.
Słońce coraz wcześniej chyli się ku zachodowi, a temperatura coraz chętniej zmierza ku niebieskiej skali, niż jeszcze kilka dni temu. Wesoła ferajna spod znaku Rocha Siemianowskiego też coraz żwawiej poszukuje miejsca na nocleg. To wyraźny znak, że niedźwiedzie powinny już szukać poduszki jesień zbliża się wielkimi krokami. Bez zbędnych zatem ozdobników, ostatni etap podróży dookoła świata Polski uważam za otwarty.
Po wakacyjnej przerwie zapraszam ponownie do kącika “Zrób to sam” na dwa ostatnie już zestawy nieegzotycznych fotografii z jak najbardziej egzotycznego kraju świata, jakim bez wątpienia nasza stara, poczciwa RP jest. Tym samym, w czasie gdy pan Roman Waliłko będzie przedstawiał przepis na budowę trzynastoosobowego karmnika dla bociana, nutrii, dwóch jeleni i naszej szóstki ze sternikiem, my wybierzemy się na słoneczno-deszczowy spacer po Warszawie, na co (bardziej słonecznie niźli deszczowo) zapraszam. Read the rest of this entry »
W komentarzu do ostatniego posta oberwało mi się, że w Polsce to tak “nie za bardzo” i że “piasku rozgrzanego” za dużo. Na pierwszą kwestię niewiele byłem w stanie poradzić, ale jeśli chodzi o drugą, to poszło zaiste gładko. Słońce, które nie wiedzieć (albo i wiedzieć) czemu cały czas podążało za nami zapytało dokąd jedziemy, a ja z dziecięcą naiwnością odpowiedziałem, że do Warszawy. Błąd! Poważny błąd. Zapraszam na jedyny, na szczęście krótki, deszczowy przerywnik w tejże podróży, który i tak niewiele zmienił, gdyż i tak trzeba było porzucić romantyczne spacery o zachodzie słońca i znowu uderzyć w drogę. Cała naprzód, Kapitanie!
Chodzą słuchy, że każda szanująca się podróż winna mieć cel. Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek poza mną rzeczonej podróży szacunek wyraża, ani tym bardziej nie wiem czyje to słuchy i gdzie tak chodzą. Niemniej jednak uznaję wyższość tej wątpliwej teorii nad własnym, równie niezgrabnym pojęciem mówiącym, że podróż może być celem sama w sobie. Dlatego też krakowskim targiem postanowiłem uznać, że celem tej konkretnej podróży będzie miejsce, w przypadku którego dalsza droga na północ zmieniłaby swój rekreacyjny charakter w potyczkę ze szwedzką sałatką strażą przybrzeżną, a Tygrysa w pierwszą na świecie, czerwoną galerę o pływalności ołowianej kulki i szczelności godnej moich teorii dotyczących sensu życia. Innymi słowy… może morze?
Jak obiecałem, tak też się stanie… Dziś będzie o dużych rzeczach. I nie mam na myśli rzeczy po prostu dużych. Mam na myśli duże, duże… I to bardzo duże. Zbliżając się bowiem nieuchronnie do miejsca docelowego naszej podróży, dnia trzeciego przekraczamy granice krainy, której znakiem rozpoznawczym jest specyficzny odcień czerwieni, a konkretnie swoista mieszanina koloru czerwonego, bordo i pomarańczu (tak, tyle znam kolorów) – głęboki kolor cegły, która jak nigdzie indzie, tutaj dominuje wśród materiałów budulcowych, a przynajmniej niesamowicie rzuca się w oczy. Zapraszam na przechadzkę po ogromnej stercie blisko pięciu milionów cegieł, którą germańska myśl techniczna przekształciła w kolosalnych rozmiarów warownię. “Znowu zamek? Łeee…” – jęknęła widownia. “Tatanka” - odrzekł fotoamator. Zapraszam do Malborka.
Zmierzając w kierunku północnym nie jest żadną tajemnicą, że kraj nasz piękny ulega niejakiemu wypłaszczeniu. Liczne na południu pagórki (pomijam szkody górnicze) zastąpione zostają raczej przez krajobraz równinny. Ma to oczywiste plusy, bo jak się coś położy na ziemi, to się nie stacza, ale i minusy – rzeki w zakresie tworzenia rozlewisk mają szersze (dosłownie) pole do popisu. Widok rwącej Odry i zalana przystań przeprawy promowej – widok równie bezcenny, co przerażający. Ale po cóż są objazdy? Tym samym docieramy do kolejnego punktu naszej podróży – miejsca, gdzie Polska się zaczęła. Szybka i niestety nieco krótka sesja z Gniezna.
Wiszące nisko słońce w kolorze złota z ram starych obrazów, zieleń łąk skutecznie wypaczona rzeczonym światłem i zapach nadciągającego nieuchronnie, wilgotnego i chłodnego wieczora. Takie oto realia witają wrześniową porą zmysły przybyszów przybywających do małej, niepozornej wsi o nawie Grodziec, położonej nieopodal Złotoryi. Niepozornej, cichej, w tamtym czasie wręcz wyludnionej. Niemniej jednak wyjątkowej przede wszystkim z uwagi na fakt, iż opiewającej w kolejny punkt naszej wycieczki po magicznym terenie położonym pomiędzy Wisłą i Odrą. Słowo się rzekło, płot u kobyłki. Przedstawiam zatem Zamek Grodziec i zapraszam na krótki powrót do przeszłości… a konkretnie 10 wieków w historię Polski.
Dawno, dawno temu, los spłatał figla pewnemu domorosłemu fotografowi i poniósł go na koniec świata. Widział on ludzi chodzących do góry nogami i kiwi, które przypominało dwunogiego kota. Dwa miesiące w raju i… niczym by ten raj nie był, gdyby nie zwieńczenie całej podróży – magiczne uczucie na schodkach samolotu po powrocie i widok najpiękniejszego na świecie nieba i słońca. Zapraszam na cykl krótkich opowieści o dwutygodniowym tournee po najpiękniejszym skrawku lądu skrytym pod rzeczonym, najpiękniejszym niebem i słońcem. Innymi słowy Tour de Pologne.
Jak mówi staropolskie przysłowie, “kiedy Ci smutno, puść bąka“. Być może i jest to działająca metoda, ale szczerze powiedziawszy nie o tym chciałem mówić. Chciałem powiedzieć o czymś niejako z tym związanym, co z reguły określa się mianem “miejsca na ziemi”. Każdy chyba bez wyjątku ma takie miejsce, do którego ucieka od wszelakich zmartwień. Dla jednych to koniec świata, a dla innych bar “Abrakadabra” nieopodal dworca w Pcimiu Dolnym. Nie o to jednak chodzi co i gdzie, ale o to “coś”, co dane nam tamże osiągać. Ważne, by miejsce to stanowiło formę gniazdka elektrycznego, do którego można się wpiąć i podładować wszystko, co potrzebne. I tak sobie podywagujemy.
Parking pod maczugą, autokar marki Autosan i pajęcza brama… to chyba wszystkie wspomnienia, jakie dane mi było zachować z dziecięcych lat i szkolnej wycieczki do Ojcowa oraz Pieskowej Skały (dziwnym trafem ówcześnie przyswojonej jako skała piaskowa). I pewnie tak by pozostało, gdyby nie kieszonkowy łut szczęścia (z ang. GoodLuck Portable), który sprawił, że dane mi było odświeżyć stan wiadomości i wrażeń. Zapraszam na reportaż z miejsca akcji połowy polskich filmów i seriali. Był nieco krótki, ale udało mi się wydłużyć… jakkolwiek to nie zabrzmi.
Wielu z Was ma zapewne mnóstwo wspomnień z pięknych zakątków Polski. Kolonie nad morzem, obozy w górach, czy też daktyle w Pile. Dziwnym trafem ja do takich wspomnień przez długi czas nie miałem szczęścia. Nie miałem do momentu, gdy rzeczone Szczęście nie pojawiło się, czyniąc mnie tym samym żywym dowodem istnienia w przyrodzie równowagi polegającej na fakcie, iż co nie dane nam wcześniej, po stokroć wynagrodzone będzie później. Z cyklu “Polska od morza aż do Tatr” odcinek 142 – “Zakopane, Zakopane całe śniegiem zasypane”.
