Nadchodzi koniec roku… niby nie tajemnica, ale jednak warto to zauważyć. Wszędzie, gdzie tylko nie spojrzeć, aż po horyzont, wszyscy grzmią o podsumowaniach, retrospekcjach, autopsjach i innych końcach świata. Siłą rzeczy uznałem, że też mam co podsumowywać i postanowiłem temat (jako, że po raz pierwszy) zdeflorować. Zapraszam na krótką przechadzkę po smażalni ryb w Darłówku do wnętrza wulkanu Etna… czyli “co było i już nie wróci, ale i tak fajnie o tym czasem sobie przypomnieć”.

Rok zaczął się od podróży do Bielska-Białej, a potem okolic Trójmiasta. Bielsko zaskoczyło mnie ciekawą, dotychczas nieznaną architekturą, a zimowy Bałtyk (“Morze, nasze morze…”) jak zwykle urzekł do granic. Nie wspominając o Gdańsku. Były też, nieliczne w tym roku, wizyty w zakładach pracy moim miejscu na ziemi – Bobolicach – oraz na imprezach okolicznościowych…

Zwłaszcza te ostatnie mogą wzbudzić niejakie poruszenie. Z ciekawszych wspomnieć należy mistrzowskie popisy młodziutkich gimnastyczek w Bielsku i równie mistrzowskie popisy nieco starszych Cheerleaderek w hali na sosnowieckim Zagórzu. Pierwsze udowadniały, że Kamasutra w ogóle jest wykonalna, drugie zaś dowodziły sensu jej istnienia.

Na mojej drodze stanął też Wrocław.. i to dwukrotnie. Na szczęście jego mieszkańcy szybko doszli do siebie po moich wizytach, a mnie udało się zgromadzić co nieco materiału nt. tego pięknego miasta. Doliczając jeszcze pochmurny Cieszyn mam komplet pt. “Polska wzdłuż i wszerz”… No, może bez tego “wszerz”. Niemniej jednak materiału zebrało się sporo. Zwłaszcza, że interwały zachodzące pomiędzy co większymi sesjami wyjazdowymi, poorane są serią mniejszych wypadów. Pogoria, Pszczyna, a zwłaszcza przemiły wypad do Świerklańca, zdecydowanie zasługują co najmniej na odnotowanie.

Tym samym, bogatszemu o jakieś 18 tysięcy doświadczeń, dane mi jest przygotowywać się do wkroczenia w rok nowy… zwany także przewrotnie Nowym Rokiem. Jak się zacznie?? Zobaczymy, ale znając życie to pewnie  niespodziewanką… a ja lubię niespodziewanki.

A tymczasem staropolskie: “Poloneza Deflorację czas zacząć…”. Zdjęcia są opisane, więc nie pomylicie Wrocławia z wsią pod Częstochową, a i ja zreflektuję się czego jeszcze brakuje i skrytożerczo może coś  dorzucę. Szczęśliwego Nowego Roku!!



One Response to “Defloracja 2008, czyli “co było, a nie jest”…”

  • mario74 says:

    do fotek Trójmiasta idealnie mi pasuje muza kings of leon z albumiku only by the night ;)
    pozdro Radek

Leave a Reply