W Nowy Rok, po 30 godzinach lotu, moja podróż na antypody dobiegła konca. Radość była tym większa, że wraz ze mną dotarł mój bagaż. Jeszcze tylko wścipski nos celniczego labradora, pan w gumowych rękawiczkach i mym oczom ukazał się las krzyzy “nowy swiat”… i pierwszy jego element - Wellington.
Miasto przywitalo mnie słoncem. Jak się później okazało, słońcem jakiego tu nie mieli od 100lat… Jak mówi staroindianskie przysłowie – Gdzie Wujek Radek, tam i słoneczko… Podobno staromaoryskie przysłowie też tak mowi.. przynajmniej od teraz.
Miasto leży na samym krańcu Wyspy Polnocnej nad urokliwą zatoką otoczoną górami, na których, niczym sępy wokól padliny, postanowili osiedlić się tubylcy. Dlatego też miasto samo w sobie wielkie nie jest, jednakże wraz ze wszystkimi otaczajacymi je miastami-dzielnicami, stanowi spory region zamieszkały przez ok. 1/8 lącznej populacji kraju – jakieś pol miliona.
Gdy przyjechałem trafiłem akurat na początek wakacji przez co miasto miało wyglądać na wymarłe – przynajmniej wedlug opinii mieszkancow. Cała gawiedź pooooszla w Polskę w świat. Swoją drogą obserwacja wakacji nowozelandczykow to dla europejczyka ciekawe doświadczenie. Otóż wszyscy, od prezesa po portiera, pakują manatki i wynoszą się czym dalej od miasta. Tylko Pan Henio z kotłowni, w myśl zasady “ostatni gasi światlo”, czeka żeby sprawdzić czy nikt nie został w budynku… chwilę później wiesza wywieszkę “zamkniete” i fru… wraz z rodziną jedzie leczyć skołatane nerwy w nowozelandzkiej dziczy lub karaibskim hoteliku. Genialne!
Miasto ma niepowtarzalny klimat. Z uwagi na jego znacznie (w końcu to stolica) czuje się tzw. “wielki świat”, jednakże chodząc po jego ulicach mam jednocześnie wrażenie, że jestem w kurorcie turystycznym. Kiwaczki stworzyły swój własny styl – nazwałbym go “surfing business”. Połączenie stylu wielkomiejskiego z wakacyjnym luzem. Widać to zwłaszcza ok godziny 12 kiedy to zaczyna się pora lunchu. Każdy (dosłownie) w przeciągu następnych trzech godzin wyjdzie na godzinę, by spotkać się ze znajomymi, walnąć na deptaku, ławce czy gdziekolwiek… a wszystko po to, by zjeść i odpocząć.
Jednakże, poza porą lunchu wygląda to tak, że miliony robotów ludzi na sekundę przemierza chodniki ignorując inne mechanizmy organizmy… po prostu – biznes, biznes, biznes. Jeżeli Ci to nie przeszkadza możesz tu poczuć sie dobrze. Jeżeli jednak wolisz interakcję z otaczającym Cię światem, mozesz poczuć sie tu bardzo obco. Diametralnie inaczej wygląda to nocą… ale o tym przy innej okazji.
Kilka zdjęć Wellington już zamieściłem. Teraz kolejna porcja.