No cóż… przyszedł czas, gdy jedyne co się ciśnie na usta, to “Czerwone maki spod Monte Cassino” albo “Chryzantemy złociste”. Tudzież inny szlagier z cyklu “o tym co nie wróci”… przynajmniej na razie. Polska, podobnie jak dwa miesiące wcześniej Wellington, przywitała mnie nieprawdopodobnym słońcem. Tym samym opowieści o srogiej zimie i temperaturach bliskich zera absolutnego postanowiłem między bajki włożyć. Tym jednak, którym nadal zimno, dedykuję krótki fotoreportaż z miejsca, gdzie cykady zakłócają przebieg fal mózgowych, kolory zielony i niebieski przyjmują wszelkie możliwe odcienie, a słońce momentami nie zna litości.
|
Picton to niewielka miejscowość położona na północy (góra mapy) południowej (dół mapy) wyspy. Prawdopodobnie wojskowi zaznaczyli by ją jako obiekt bez większego znaczenia strategicznego gdyby nie fakt, że miejsce to stanowi swoisty punkt G zborny w komunikacji z północną wyspą. Podstawowy środek transportu, to prom… Do tego jeszcze śmigłowiec, samolot, prywatny jacht, albo nieco zawodna metoda “wpław”. Ta ostatnia jest faktycznie mało skuteczna, ale za to w dobie najnudniejszego w dziejach ludzkości “kryzysu” – najbardziej pożądana. Zresztą o rekinach tutaj nikt nie słyszał więc szanse powodzenia rosną (nie słyszeli też do niedawna na Bondi Beach w Sydney).
Trasę Wellington – Picton obsługują dwie floty promów: na pierwszy rzut oka lepiej wyglądające Interislandery oraz kryzysowe tańsze spod znaku Bluebridge. Niestety… oblegany Interislander nie pozostawił mi wyboru i chcąc wyruszyć możliwie najwcześniej, musiałem zaciągnąć się na pokład tego drugiego. I nawet warunki wyrwane żywcem z realiów niesławnego tankowca Exxon Valdez, wszechobecny zapaszek świadczący o tym, że niedawno “bujało” oraz załoga przypominająca haitańskich przemytników ludzi – nic nie było w stanie powstrzymać mnie przed realizacją kolejnego marzenia – zobaczenia oceanu w środku nocy.
Pacyfik o godzinie 03.00 wygląda imponująco – jak przestrzeń kosmiczna… znaczy się, że w ogóle nie wygląda. Odległe o dziesiątki kilometrów nieliczne latarnie morskie i przemykający gdzieś pomiędzy chmurami księżyc, to jedyne punkty odniesienia. Jedyne co przychodzi do głowy, to myśl, że gdyby Cameron chciał oddać realia panujące pamiętnej, kwietniowej nocy 1912 roku na Titanicu, ostatnie 90 min (na Polsacie 180 min) filmu mogłoby być skonstruowane wyłącznie ze ścieżki dźwiękowej. Nie widać absolutnie nic powyżej 5 m od burty…. ale Celyna miałaby używanie – to pewne!!
Wracając jednak do tematu. Najpierw ok. trzy kwadranse na wydostanie się z zatoki Wellington. Potem godzina sam na sam ze wspomnianą absolutną czernią, a wszystko po to, by ostatnie 1,5 godziny spędzić w pierwszych promieniach słońca w otoczeniu przepięknych Marlborough Sounds – swoistego mariażu plątaniny półwyspów, fiordów i zatok z wodami Oceanu Spokojnego… tak to przynajmniej wyglądało w teorii. Niestety pogoda nie chciała współpracować i postanowiła zafundować mi podły poranek. Na szczęście gęste chmury nie były na tyle gęste, by przysłonić słońce całkowicie, a niska temperatura nie była na tyle niska, by wygonić mnie z pokładu. Kilka porannych zdjęć przypominających charakterem bardziej foty znad zimowego Bałtyku, niż letniego Pacyfiku, a potem szarobury dzień i uzdatnianie płynów w organiźmie w oczekiwaniu na łaskę maoryskich bożków odpowiedzialnych za pogodę. Na szczęście “niebieski domek” – hostel o wdzięcznej i wszystkomówiącej nazwie The Villa Backpackers Lodge – pękał w szwach oferując tym samym mnóstwo atrakcji tego wieczoru. A wszystko podszyte błagalnymi modłami o pogodę dnia następnego. Nie spodziewałem się, że modły te wyjdą mi bokiem jeszcze przed najbliższym południem.
O świcie, zaopatrzony przez zaprzyjaźnioną obsługę pobliskiego monopolu w firmowy kapelusz, ruszyłem na szlak Victoria’s Domain. Muszę przyznać, że jest to jedno z piękniejszych miejsc jakie dane mi było widzieć. Przez całą drogę, z gęstym buszem włącznie, towarzyszyły mi przepiękne widoki na całe Queen Charlotte’s Sounds. Pozorny spokój mąciły tylko przelatujące hydroplany, przepływające wszelkiej maści łodzie i cykady… i cykady… i cykady – stworzenia, które potrafią zakłócić przebieg fal mózgowych, prostują zwoje i zmuszają do sięgnięcia po paszport w celu poznania odpowiedzi na pytanie “jak mam na imię?”. Do tego jeszcze modły z zeszłego dnia wysłuchane zostały z nawiązką – pogoda przepiękna. Milion stopni, słońce i cykady… i cykady… i cykady… Zero cienia. Czułem się momentami, jak iracki więzień w Guantanamo. Żarówa, Metallica i 60 godzinne pranie mózgu. Bosko!!
Niestety zapowiadające się kilkudniowe pogorszenie pogody jeszcze tego samego dnia skłoniło mnie do powrotu na wyspę północną… a wszystko by zobaczyć zachód słońca. Z poczuciem, że wracam z tarczą (i opalenizną) udałem się tym razem na wypasiony, wszystkomający Interislander. Przy okazji rzut oka na zawracający Seven Seas Voyager i to co najpiękniejsze – Marlborough Sounds w pełnej krasie. |
Fajne… Gratuluje ogromnego… talentu…