50 dni od momentu, gdy wróciłem do kraju, przedstawiam Wam walentynkową sesję z miasta charakteryzowanego przy pomocy wizerunku dwóch budowli… Najbardziej najcharakterystyczniejszej opery na świecie i najbardziej najmożliwiej skomponowanego z nią mostu stalowego. Krótko mówiąc – Opera House oraz Harbour Bridge witają Was w Sydney.
“Australia” – 4 miesiące temu brzmiało to trochę daleko… prawie tak daleko jak “Księżyc”. Co prawda i jedno i drugie traktowałem jako coś oczywistego… coś co jest, było i będzie… a w dodatku coś, co czeka na moje odwiedziny. Niemniej jednak być tam, to na prawdę dziwne uczucie. Przestrzeń powietrzna rozciągająca się nad szóstym co do wielkości krajem na świecie, przywitała mnie ogromnym słońcem zawieszonym nad jeszcze bardziej ogromnym dywanem wykonanym z chmur. Niestety, na wysokości kilkuset metrów dywan ten zaczął przypominać mleko i uniemożliwiać obserwację czegokolwiek – ze skrzydłem Airbusa włącznie. Co prawda po wylądowaniu sprawa nie wyglądała już tak tragicznie, niemniej jednak białe niebo, to nie jest to, co fotografowie lubią najbardziej. Choć optymistyczne “wyklaruje się” średnio się sprawdziło, to dzięki aurze mogłem zobaczyć Sydney takim, jakie rzadko można je zastać, a to warte wszystkiego… prawie.
Była to moja druga wizyta w Sydney i pierwsza, która rokowała cokolwiek więcej niż kilka fotek z terminala tranzytowego i nawiązywanie stosunków międzynarodowych w lotniskowych kawiarniach. Metropolia… to chyba najlepsze z określeń licujących z tym miejscem. Bardziej niż z perspektywy pieszego, wyglądać tak to musi z fotela kierowcy przemierzającego prosty, monotonny wręcz system ulic znacznie szybciej.
Dzień w Sydney, dla pieszego, to ogólnie rzecz biorąc mordęga. Przemieszczanie się po zatłoczonych chodnikach potrafi prawdziwie zmęczyć zwłaszcza, gdy chcesz poruszać się szybciej lub wolniej od tłumu. W dodatku, mimo iż nawet centrum na mapach prezentuje się dosyć zwarcie i przystępnie, rzeczony metropolijny charakter skutkuje ogromnymi odległościami pomiędzy dowolnymi punktami miasta. Wszystko potęgują ruch uliczny i światła na przejściach dla pieszych. Kilka minut co przecznicę powoduje, że przebycie kilometra może zająć solidne dwa kwadranse.
Najważniejsze miejsce miasta, przynajmniej z punktu widzenia turysty, to Circular Quay nad Zatoką Sydney. Tam znajduje się główny węzeł komunikacyjny miasta oraz dwa prawdopodobnie najbardziej najcharakterystyczniejsze obiekty na południowej półkuli – nieśmiertelne Sydney Opera House oraz Harbour Brigde… pewnie jeszcze bardziej nieśmiertelny. Do tego tysiące innych atrakcji… “spacer po niebie”, czyli wyjście na szklany, zawieszony 260m nad ulicą dach Sydney Tower, rejsy setką promów w każdym kierunku, bridge walk, czyli radosne przejście po Harbour Bridge, wyprawę do nie-mogącego-się-równać-z-wrocławskim Taronga Zoo oraz wypicie “starego”, dobrego, sześciodolcowego piwa z widokiem na zatokę… i operę… i most… i operę… i most…
Miasto, jakże różne od choćby Wellington, przepełnione brudem i znanymi nam, wszechobecnymi formami dewastacji, wbrew pozorom daje poczucie bezpieczeństwa. Nawet w nocy… Ciepłe i bardzo, bardzo, bardzo wilgotne wieczory sprzyjają spacerom i eksploracji nieskończonej ilości betonowych zakamarków. Nie tylko aura ma na to wpływ – woda i refleksy wywoływane przez wszędobylskie oświetlenie powodują, że trójwymiarowa za dnia bryła miasta, przyjmować się zdaje tysiące wymiarów. Do tego jeszcze zróżnicowana kolorystyka przebogatych neonów, oświetlenia ulicznego i billboardów wyzwala niesamowite emocje, które aż ciężko oddać na zdjęciach. Za dnia koloryt aborygeńskiej kultury miesza się z biznesowym charakterem centrum, turyści przewalają się ze wszech stron, a zakupiony w porcie donut, gruby odpowiednik poczciwej oponki, smakuje jakby inaczej jedzony na promie do “gdzieś tam”….
Z perspektywy czasu muszę przyznać, że pomimo swoich rozmiarów, Sydney pozwala poczuć się dziwnie “jak u siebie”… Za dnia być może to za sprawą ogromnej masy ludzi przepływającej wokół Ciebie po chodnikach miasta. Wtedy wszystko dookoła wydaje się tak bardzo obce i abstrakcyjne… Ludzie, nieznajomi, nie zwracający na Ciebie uwagi, po prostu suną gdzieś, gdzie i tak ich nigdy więcej nie masz szansy spotkać. Co jakiś czas tylko wzrok drugiej osoby natrafi na Twój. Z drugiej strony, nocą, usypiające miasto troskliwie prowadzi Cię uliczkami, skwerami, wielopoziomowymi przejściami pomiędzy ulicami… Prowadzi w sobie tylko znanym kierunku, ale daje przy tym pewność, że cel nie został wybrany przypadkiem. Wszystko w scenerii rozbawionych pubów kipiących półszeptanym “one night stand” lub industrialno-pustelniczym krajobrazem żywcem wyrwanym ze sceny nad rzeką w “Everything Dies”.
Krótko mówiąc, dzień daje poczucie tak ogromnej anonimowości, że człowiek ma wrażenie, iż jest w stanie dokonać wszystkiego i stanąć twarzą w twarz z każdym wyzwaniem. W nocy zaś nawet bezsenność, taka jak dziś, nie jest Ci straszna… miasto pozwala wyciszyć się oraz nabrać dystansu i sił na kolejny dzień… wieczór… kolejną noc…. a wszystko przy akompaniamencie “Chinese Democracy” i “Teorii Konspiracji”…
Cóż… Good Night and Good Luck…