Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami (czyli jakieś 100 km na wschód od Sydney) leży niewielka, siedmiotysięczna osada zwana Katoomba. Poza faktem, iż jest ona zimową stolicą Polski Australii, to posiada jeszcze jeden, istotny przymiot – leży na terenie określanym mianem Gór Błękitnych (Blue Mountains). Przedstawiam Wam krótki fotoreportaż z miejsca, gdzie zawsze czasami świeci słońce, zieleń zmienia się w niebieski, a mieszkańcy Sydney, w środku lata, po raz drugi obchodzą Boże Narodzenie.
Po nocnych wojażach powstałem nieco później, niż w porze określanej mianem “wczesnoporannej”. Po dwóch godzinach podróży pociągiem do złudzenia przypominającym ten relacji Katowice – Zwardoń, byłem na miejscu. Katoomba - właściwa miejscowość we właściwym miejscu – położona jest na terenie Parku Narodowego Gór Błękitnych i (co może być zaskoczeniem) na terenie samych Gór Błękitnych. Etymologicznie rzecz ujmując należałoby wytłumaczyć to tak: góry, bo są wypukłe w sposób “do góry”, a najwyższa z tych wypukłości to One Tree Hill – 1111 m n.p.m. Całość zajmuje ok. 1436 km². To jest jasne. Ale dlaczego Błękitne?? Ano tu się robi nieco ciekawiej. Jak za całe zło, jakie można spotkać w Australii, tak i za to odpowiada jarzmo tego “dalekiego lądu” – eukaliptus.
1. Pijaństwo i patologie wśród wątłej już populacji najbardziej najsympatyczniejszego, nie chińskiego misia na świecie.
2. Liczne, wywoływane niesforną “seksualnością” samozapłony buszu.
A teraz nr 3 na liście – zmiana koloru zielonego na niebieski.
Okazuje się bowiem, że eukaliptus nie dość, że odpowiada za mętny wzrok koali, potrzebuje ogromnych temperatur do samodzielnego rozsiewu (stąd pożary buszu), to jeszcze w całej Jamison Valley zmienia kolor zielony na niebieski. Dlaczego?? Ano podobno te same związki, które stanowią sens życia koali, po odparowaniu tworzą delikatną mgiełkę, która solidnie przekłamuje barwy na zdjęciach. Na szczęście jeden punkt pozostaje niezmieniony – “Three Sisters” - zespół bardzo charakterystycznych skał i istotny element rzeczonego krajobrazu. A zimą (czyli naszym latem) – cały ten krajobraz pokryty zostaje Australijczykami, którzy przyjeżdżają tu, by zasmakować nieco śniegu i czegoś, o czym marzył Bing Crosby.
W przemiłym, angielsko-izraelskim towarzystwie, ruszyłem (nieco wspomagany wycieczkowym double deckerem) na szlak wzdłuż przepięknego klifu na skraju Jamison Valley. I choć brak słońca nie uwypuklał tak intensywnie niebieskiego charakteru doliny, a ogólnie wilgotna aura powodowała uśmiech przede wszystkim Brytyjczyków, to radość z takiego spaceru i tak uznać można za bezcenną.
No to “Góralu, czy Ci nie żal…” i biegiem… zobaczyć wodospad.