Jak mówi przysłowie, “gdy czas Cię nagli, pokaż wszystkim ptaka”. Nie wiem co to za przysłowie, ani też jaki jest jego sens… niemniej jednak, w związku z faktem, iż czas był najwyższy i nieubłaganie dobiegał końca, postanowiłem zastosować się do niniejszego przesłania w pełni. Tym samym, meine Damen und Herren, staropolskim zwyczajem herzlich willkommen… in Porirua… i w rezerwacie ptaków.
Czwarta rano na dworcu w Petone, ja i natrętna myśl “co ja tutaj robię?”. Prawidłowa odpowiedź: Ano, na pociąg czekam. Na 10 dni przed “godziną zero” postanowiłem zorganizować sobie wycieczkę do miejsca losowo wskazanego przez GMaps. 3 godziny musiałem strzelać, aż program wskazał właśnie Porirua. Pięćdziesięciotysięczna osada położona nieco na północ od Wellington, znajduje się na drodze kolejki TranzMetro – transport więc był.
Gdy dotarłem na miejsce świt był już w dosyć późnym stadium i czym prędzej, ku uciesze zebranej na peronie gawiedzi, zacząłem wyginać swoje muskularne, wyrwane z opowieści o antycznych herosach ciało i poszukiwać coraz to lepszego tematu do fotografii. Przepiękna o tej porze dnia marina i ujście zatoki do oceanu sprawiały naprawdę pozytywne wrażenie. Na fali pozytywnej energii, z równie pozytywnym nastawieniem wmontowanym między uszy, ruszyłem by okrążyć zatokę, dotrzeć do rezerwatu i zaliczyć kilka ujęć, które chciałem zrobić już wcześniej, ale nie było do tego klimatu.
Po drodze piękne, muszlami pokryte plaże, rezerwat ptaków, a co za tym idzie płochliwe przedstawicielstwo gatunku maści wszelakiej. Do tego pierwsza-w-życiu-na-żywo-widziana manta, latające ryby i wszędobylskie owce. A wszystko w tonacji pomarańczowo-zielono-niebieskiej.
Fakt faktem, że kilka godzin później, kilkanaście kilometrów dalej, moje przemoknięte buty założone na sfatygowane stopy, nie były już tak pełne zapału. Niemniej jednak bez cierpienia nie ma wyników. Niniejszym zapraszam więc do jednej z ostatnich sesji z Nowej Zelandii. |
|