Castle Point & Lake FerryNa zaledwie kilka dni przed odlotem raczej ciężko było spodziewać się jeszcze jakiś fanaberii ze strony bogów fotografii. Było bowiem już właściwie wszystko, co mogłem sobie wymarzyć: pociągi, statki i samoloty, sielskie obrazki i metropolie, dżungla, pustynia i wodospady, fiordy, wulkany i piekielne gorące źródła… Słowem – wszystko wiele z tego, czego jeszcze w życiu mi nie było dane widzieć. Czego jeszcze chcieć?? Ano.. VOILA! Witam w miejscu, które urzeka w ułamku sekundy, a wrażenie pozostawia na długie miesiące. A imię jego Castle Point.



Jak mawiał klasyk, “są rzeczy na niebie i ziemi, które nie śniły się nawet Waszym fizjonomom”. Są także takie miejsca. W Nowej Zelandii nie trudno o urokliwe zakątki, jakże egzotyczne dla Europejczyków przyzwyczajonych do betonowych pustyni.. Niemniej jednak i na tym tle zdarzają się miejsca zachwycające.


Udając sie na wschód od Wellington można spodziewać się dwóch rzeczy – że jeżeli samochód nabiera wody, to znak, że jesteś już za daleko i czeka Cię powrót wpław. I druga: gdy już wydaje Ci się, że linia brzegowa Kiwilandii to muszle i kamienie, dotrzesz do plaż, których nie powstydziłoby się Cote d’Azure i morze Śródziemne.


Złoty piach spowijający trzydziestometrowej szerokości plaże, przenikliwy, gorący wiatr i szum szmaragdowego oceanu pod granatowym niebem… A może przydałaby się jeszcze latarnia morska?? “Be my guest!” – jak to mawiają Bułgarzy. Oto obraz Castle Point – niewielkiej, sprawiającej wrażenie zapomnianej przez Boga i ludzi osady, położonej skrajnie na wschód od Zatoki Wellington. Dotarcie do tego miejsca bez pomocy samochodu stanowi nie lada wyzwanie, prawdopodobnie dlatego jeden hotel i brak hosteli stanowią wystarczające zabezpieczenie bazy noclegowej. Innymi słowy: nie jest medialnie. Jest za to pięknie.


Pomiędzy dwie zatoki – większą od północy i mniejszą od wschodu – wciśnięty został półwysep, na którym blisko 100 lat temu zbudowano latarnię morską. Niestety banda księgowych zdołała już odcisnąć swoje piętno na tej pięknej budowli. Zapomnijcie więc o zdziwaczałym, choć sympatycznym, starszawym latarniku rozpalającym latarnię na potrzeby przepływających statków. Teraz jest “pani z centrali”, która za pomocą światłowodu i jednego kliknięcia potrafi prawdopodobnie imitować tam światła Las Vegas.


Pomijając jednak skażenie cywilizacyjne, całość budzi niesamowite uczucia i pozostawia niezatarte wrażenie. ALE… dzienne piękno stanowi zaledwie ułamek tego, co zaczyna się dziać o zmierzchu. Miejsce to bowiem plasuje się w ścisłej czołówce klasyfikacji pt. “najbardziej najpiękniejsze zachody słońca” i “noc pod gwiazdami”. Obie kwestie będę musiał doświadczyć niestety innym razem, gdyż jeszcze tego samego dnia wyruszyłem w kierunku skrajnego południa północnej wyspy. Jest jednak po co wracać.


Lake Ferry to miejsce, gdzie Ocean Spokojny przyjmuje wodę z Lake Onoke. Tym samym na przestrzeni kilkuset metrów wgłąb oceanu widać brązową plamę wytworzoną przez niesiony nurtem rzeki muł, co mocno kontrastuje z “Wielkim Błękitem”. Tym razem jednak próżno szukać złotego piasku – tu króluje grzązki, szary miał z muszli i drobnych kamieni oraz całe drzewa, z którymi potęga oceanu obchodzi się bezlitośnie ciskając nimi na brzeg niczym z zapałkami. Do tego wypatrzona uchatka kilka metrów od brzegu i temu dziwacznemu zakątkowi samoczynnie dopisuje się historia.

To ostatnia moja wyprawa w Nowej Zelandii. Przynajmniej na ten czas. Jeżeli wcześniej niż mnie będzie Wam dane tam być, nie zapomnijcie odwiedzić wspomnianych Lake Ferry i Castle Point. Zwłaszcza w tym drugim przypadku koniecznie zabierzcie ze sobą Kogoś… Warto bowiem móc się z kimś podzielić tymi wrażeniami .

Leave a Reply