Staropolskim “Guten Tag” witam Was na corocznym, w pełni zdezorganizowanym podsumowaniu świeżo odfajkowanej dziewiątej części mijającej dekady. Prawdopodobnie przez wrodzone zamiłowanie do zwalczania wszelkiej sztampowatości (nie wierzyłem, że to słowo znajduje się w słowniku FF) tknęło  mnie by poczekać na odpowiednią, bez wątpienia stosowną ku tej okazji wenę. Jako że rok temu temat zdeflorowałem, chcąc zachować pewną ciągłość tym razem wypadałoby z nim co najmniej pochodzić za rękę..

Wtedy też odgrażałem się szabelką dziadka Teofila i enigmatycznie brzmiącą “niespodzianką”, że “jeszcze zobaczycie i popamiętacie”… a wszystko na cztery dni przed rzuceniem palenia i dwa tygodnie przed najbardziej najdłuższym lotem nowożytnego świata. Na tamtą chwilę wypadem roku okazało się bowiem potrójne szczytowanie zielonym wspomnieniem sowieckiej motoryzacji zgłębianie różnic pomiędzy kiwi w futrze, a kiwi w sklepie.  Odpowiedź: zagadka była podchwytliwa, bo i to i to ma włoski… język włoski.

Tak czy owak znalazłem się w przepięknych okolicznościach przyrody, o czym mniej lub bardziej udanie próbowałem Wam opowiadać w kolejnych relacjach. I choć temat nieco wyświechtany nie sposób go pominąć, gdyż niezmiennie wzbudza uśmiech na ustach i wprowadza umysł w ten wyjątkowy rytm, którego mimo najszczerszych prób nikt nie jest w stanie zagłuszyć (tak, tym objawia się natręctwo). I choć wydawało by się, że lepiej być nie może, to życie zweryfikowało i to założenie. Dzięki tego typu przeżyciom zyskujecie bowiem tę tajemną moc pozwalającą iść pod prąd wszelkich przeciwności, wbrew wszystkim i wszystkiemu – zdolność do bycia sobą.

Krótko mówiąc – minione 365 dni przywodzi na myśl mnóstwo wrażeń. Tych dobrze znanych, ale i zupełnie nowych. Niekiedy dobrych, niekiedy złych.  Zawsze jednak bezcennych. Nadzieję i wiarę na przyszłe dni zestawia z tęsknotą za tym, czego już nam nie będzie dane doświadczyć i za tymi, których śmiechu już nie usłyszymy. Jednakowoż wzmacnia i buduje, pozwala zrobić kolejny krok, rozwiewa złudzenia, poszerza horyzonty i oddziela ziarna od plew.  A zostawiając patos w innych spodniach przyznać po prostu należy, że to kolejny, najlepszy rok życia… Najbardziej pocieszające jednak, że to co najlepsze wciąż przed nami. I z tej właśnie okazji, w dalszej części programu Pan Jerzy Rynkiewicz wykona brawurowo nieśmiertelne “Habry z poligonu”… grając na kocie.

En garde!

IMG_0008.jpg

Widok z Mt. Victoria na Wellington. Najlepszy punkt widokowy w mieście. Panorama rozpościerała się od przedmieść na południowym krańcu wyspy po północno-wschodnie dzielnice bogaczy… Jakieś 270 stopni.

IMG_0040.jpg

Zegar słoneczny na Mt. Victoria.

IMG_1225.jpg

Wellington. Nie pytajcie, bo nie wiem… Erotyka międzygatunkowa kojarzy mi się inaczej.

IMG_2050.jpg

Wellington. Czasami tęsknię za ta odrobiną polotu.

IMG_2081.jpg

Fontanna przy kafeterii przywodziła na myśl twórczość Dalego i Gaudiego. W każdym bądź razie biel skłaniała ku południowemu temperamentowi, a woda ku…

IMG_2083.jpg

…studzeniu go, oczywiście.

IMG_1888_7_1.jpg

Petone, molo. [HDR]

IMG_2059.jpg

Wellington. Drewniany most nad Jervois Quay.

Poczuć chłód listopada i ostre, zimowe prawie słońce…

…przeplecione z nieokrzesanym księżycem za dnia. Do tego setki, o ile nie tysiące portretów, pierwsze, skromne osiągnięcia studyjne, szkolenia i szczytowania zdobywanie szczytów pasm górskich. Wiele ważniejszych i mniej ważnych epizodów fotograficznych. Krótko mówiąc…

Jest w dechę!!

 

I jeszcze jedna dygresja… Mówią, że dom to nie miejsce, w którym mieszkasz, a miejsce, w którym Cię rozumieją. To absolutna prawda. Najpiękniejsze bowiem obrazy nie są nic warte, gdy widzisz je samodzielnie i nie możesz się nimi z nikim podzielić.

Na tą chwilę to już wszystko moi Mili…  Do następnego, kiedy to Wujek Radek pewnie pozwoli się wystrzelić z armaty.

3 Responses to “Reinkarnacje 2010…”

Leave a Reply