Zapewne znacie to uczucie kiedy to zmęczeni wlepianiem oczu w sufit i irytującymi objęciami pościeli dochodzicie do wniosku, że czas podnieść się z łóżka. Przeprawiacie się przez istne zasieki – śmiertelnie niebezpieczne pułapki czyhające na Wasz wciąż zaspany, mały palec u nogi. Docieracie do łazienki, gdzie wykrzywiacie twarz na widok lustra cedząc przez zęby “boski… jak zwykle”. Przechodzicie do następnego pokoju i… doznajecie oświecenia. Dosłownie.
I żeby nie było niedomówień… To nie zwierzenia zblazowanego marihuanisty po przejściach, a najszczersza prawda.
Choć kalendarz wyraźnie wskazuje na porę określaną potocznie mianem zimy (mniej potocznie “misiu-śpij”) to od brudnego, wschodniego, kuchennego okna z widokiem na szarą, będzińską ulicę, przez niewielki przedpokój, aż po przeciwległą ścianę gabinetu (będzie z 15m), podłoga płonęła niesamowitą, wąską, ale gorącą smugą światła. Przez około 10 minut można było poczuć się bardzo… wiosennie. Żadna kawa i poranny papieros nie mogły z tym konkurować.

Nic bardziej nie nadawało się do pokazania w tym świetle, niźli anioł… stróż.

Kontrę dla gorących barw stanowił blady poranek gapiący się przez zachodnie okno. Prawdziwa skrobia… nie jakieś tam syntetyki.

Na koniec mała “wariacja na temat”:

Już niedługo ten charakterystyczny klimat wiosennego brzasku, a zwłaszcza barwa słońca, jaką dane nam wtedy zobaczyć, stanie się czymś “normalnym”. Dziś jednak wzbudza szczególnie pozytywne emocje (zima, nasza zima…). I choć piękno to wciąż jest bardzo ulotne – 10 minut później było już po wszystkim – to mam nadzieję, że udało mi się choć w niewielkim stopniu oddać jego istotę by móc się nią skutecznie podzielić z Wami życząc po prostu miłego dnia… Banał? Oczywiście.
niezłe. tak jak i cala reszta.